Bez tytułu

Wróciłam do domu po pracy i dotarła do mnie pustka i maleńkość mojego mieszkania. Było jeszcze względnie wcześnie, bo zmyłam się wcześniej pod pretekstem świąt, ale odkąd przekroczyłam próg tylko tego pożałowałam. Co teraz robić? Moja kondycja psychiczna była bardzo zła, zastanawiałam się, czy nie iść po wino, czy też położyć się i próbować pospać. Wybrałam drugą opcję, ale gdy leżałam skołowana, stwierdziłam, że to dobry moment, żeby spróbować w końcu swojego własnego tripa.

 

Bałam się, sama, nastraszona złymi opowieściami o bad tripach, zwłaszcza, gdy stan wyjściowy jest tak zły, jak mój. Wzięłam połowę, zadzwonił kolega. Mówił do mnie pijany pół godziny, jednym uchem go słuchałam, moje myśli błądziły daleko i nagle zobaczyłam jak ściana delikatnie faluje i mieni się kolorami. Zamrugałam parę razy, zaczęłam rysować.

 

Czułam już stan, ale to nie było jeszcze „to”. Nie przestawałam rysować. Humor znacznie mi się poprawił, puściłam muzykę i dołożyłam resztę dawki. Próbowałam rysować, słuchać muzyki, ale w moim mieszkaniu było za mało bodźców. Krawędzie zaczęły błyszczeć, czułam jak mi gorąco i postanowiłam, że pójdę do kumpla. Już mocno mnie wzięło.

 

Nie wiedziałam, że noc ma tyle kolorów, te chodniki zalane światłem neonów, mieniące się w oddali sygnalizatory, cudownie błyszczące maski aut. Wszystko było tak piękne, że poczułam taką jedność z tym światem, trochę egoistycznie chciałam go dla siebie, bo przeszkadzali mi ludzie dookoła, którzy za głośno tupali i nie pozwalali cieszyć mi się spokojem, albo darli mordy. Szłam i śmiałam się z nich, śmiałam się do nich, starałam się nie patrzeć na ich twarze, bo bałam się wkręcania, co oni mogą sobie o mnie pomyśleć. Moje nogi były jak z waty, albo ciężkie, na zmianę, właściwie same mnie niosły. Przejście przez park było wyzwaniem, odkryłam, że boję się bezlistnych gałęzi, które wyciągały po mnie swoje szpony.

 

U kumpla przez kilka godzin patrzyłam na obraz, którego wcześniej nie znosiłam. Wczoraj wydał mi się przepiękny, drzewa zaczęły tańczyć, ich gałęzie rozchodziły się we wszystkie strony, mieniły się, widziałam jak faktura farby żywo się zmienia i miesza, to było coś niesamowitego. Zauważyłam, jaki wpływ ma muzyka na te wizje, zależnie od niej pojawiały się różne barwy, a drzewka kołysały się w różne strony. Jedno drzewko tańczyło mi hula. Potem weszły disco światełka.

 

Rysowałam bardzo dużo, to było równie ciekawe. Gdy przyglądałam się z bliska moim rysunkom, kreski zaczynały biegać, tworzyć swoją barwną, lecz inną opowieść. Widziałam naraz wiele scenariuszy, które się rozgrywały przede mną. Gdy rysuję normalnie, staram się przewidzieć jakiś efekt, a wtedy… Musiałam wybrać tylko drogę. Na dodatek faktura kartki była niesamowita, zaczynała narastać azteckimi złotymi wzorami, jak w kalejdoskopie.

 

Gdy kolega gadał, pytałam drzewka, co o tym myślą. Nie mogłam zdjąć tej nakładki, zapomniałam już jak wygląda obraz bez tych wizji. Było to emocjonalne odzwierciedlenie tego, co we mnie.

 

Najciekawsze, że nie jestem chyba podatna na bad tripy. Mój umysł tworzył tak piękne rzeczy, że nie potrafiłam sobie wkręcić nic złego. Płakałam tylko przy jednej piosence, którą sama puściłam. Nie mam pojęcia dlaczego, bo lubiłam ją wcześniej.

Wyszliśmy z kolegą po piwo.

 

Szliśmy i cieszyłam się światełkami, było cudownie, ale najbardziej tego wieczoru się wystraszyłam widząc starą dłoń kobiecą, która wychylała się zza jakiejś zasłony. Była to bezdomna, która zbudowała sobie prowizoryczną klitkę, ale nie byłam pewna, czy to prawda, czy nie. Kumpel mnie bardzo źle wtedy wkręcił. Mówił, że ona tam mieszka, że ma problemy, jej dłoń podpowiedziała mi kolejne złe obrazy i przestałam widzieć wesołe miasto, zaczęłam dostrzegać jakieś nietoperze, dziwne twarze, odbicia.

 

Wróciliśmy, stworzyłam jeszcze masę rysunków i wróciłam grzecznie do domu przystając parę razy przyglądając się światełkom policji na chodniku, które fascynowały mnie zmieniającymi się szybko kolorami niebieski-żółty.

 

To mnie bardzo zmieniło, czuję się pojednana ze światem, wybaczyłam większość rzeczy sobie i innym, zdaję sobie sprawę z moich lęków, których nie byłam świadoma, wiem, że mogę mieć lekką schizofrenię paranoidalną, ale skoro mój umysł tworzy tak dobre rzeczy, to chyba życie nie może być takie złe?

Nie mam ochoty na alkohol, czuję, że nie będę się już szybko „znieczulać” niczym już. Zaspokoiłam swoją ciekawość i prędko do tego nie wrócę, ale nie wykluczam. To, jakie rzeczy narysowałam, to coś niezwykłego. Mówi mi wiele o mojej kondycji emocjonalnej. Postaram się już być normalniejsza i żyć w zgodzie ze sobą, a nie spędzać czas na walce z tym, co jest we mnie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>