Bez tytułu

Poszliśmy w mały zakątek parku z fontanną, gdzie mało kto mógł nam przeszkodzić. Usiedliśmy na ławeczce przytuleni, patrzyliśmy sobie w oczy i zachowywaliśmy się jak para zakochanych gówniarzy. Te motylki to chyba świetnie ujęta metafora hormonów, ciężko oplatających całą atmosferę swoimi biologicznymi sztywnymi palcami. Nie umiem tego lepiej wytłumaczyć, ale fakt nie istnienia motylków i romantycznej miłości jest dość rozczarowujący. Niemniej nie mogłam przestać upajać się tą fantastyczną scenerią i towarzystwem, byłam w siódmym niebie. Niestety byłoby piękniej, gdybym potrafiła odciąć moją tarczę obronną, która doszukiwała się ukrytych niecnych motywów w tym spokojnym i dobrym mężczyźnie obok. Znam też takich jak on i wiem, że nie warto wierzyć nikomu, bo może to być tylko fantastyczna otoczka, którą wokół siebie kreuje. Jednak postanowiłam nie ulegać zbyt pochopnym osądom, instynktowi samoobronnemu ani wszelkim logicznym rzeczom, które przychodziły mi do głowy, np. „uciekaj do hostelu”.

I wtedy, kiedy się najbardziej tego bałam, zaproponował, byśmy spędzili noc razem. Powiedział, że wynajmie pokój w hotelu. Że nie ma nic złego na myśli, chce po prostu spędzić ze mną więcej czasu. Po dłuższym wahaniu zdecydowałam się mu zaufać. Mieliśmy się spotkać za dwie godziny w określonym miejscu. Biłam się z myślami. Nie było to czymś, czego chciałam, po moich ostatnich doświadczeniach z ludźmi, ale jego sarnie oczy i cichy głos sprawiły, że odrzuciłam konwenanse i strach, postawiłam wszystko na jedną kartę.

Spotkaliśmy się i poszliśmy do pokoju. W moim Włóczykijowym worku miałam butelkę wina. Nalał nam po kieliszku. Było już dość późno, ale było fantastycznie. Dotrzymał słowa, był gentlemanem. Rozmawialiśmy do rana. Trzęsę się na to wspomnienie, jak cudownie było trafić na kogoś tak wspaniałego. Obudziliśmy się niewyspani, pomyślałam „a więc to już koniec”. On ubierał się do pracy, zmęczony, bez śniadania, a ja miałam w planach zwiedzić Luwr. Powiedział wtedy coś, co mnie mocno zaskoczyło: chce wynająć pokój na jeszcze jedną noc.

Luwr był niebotycznie męczący i choć był kiedyś moim marzeniem, znowu nie poczułam się bliżej sztuki, niż myślałam. Zrobiłam za to milion kilometrów biegając w kółko i szukając konkretnych rzeczy. Sam spacer do Luwru był przyjemniejszy.

Po muzeum pobiegłam do hostelu, spakować się i oznajmić, że nie wracam. To było dość zabawne, praktycznie w ogóle tam nie bywałam. Ciągle w ruchu, noce poza domem, albo powroty bardzo późno. Raz skorzystałam z oferty śniadaniowej.

W hostelu padłam na chwilę na łóżko, myślałam, że nie wytrzymam do wieczora. Noc z nim dała mi się we znaki. Spakowałam jednak rzeczy w walizeczkę i pognałam do niego, mówił, że zmierza do naszego pokoju.

Byłabym o wiele wcześniej, ale zgubiłam drogę. Błąkałam się ciemnymi uliczkami przez jakiś czas, w końcu zdecydowałam się zapytać przechodzącego chłopaka, czy mówi po angielsku. Błysnęły mu oczy, gdy go zagadałam, to nie była iluzja. Jakaś ciekawość? Powiedział, że możemy razem podjechać metrem, bo jestem dość daleko od celu. Wydawał się sympatyczny, częstowałam go słodyczami za pomoc, nawet niósł mi walizkę, ale było dość niezręcznie, gdyż czułam, że trochę mu się narzucam.

Dotarłam, mocno spóźniona, mój towarzysz był już odprężony, polewał nam resztki wina, które zostały i miał ochotę iść spać. Przytuliłam się i sama miałam na to ochotę, jednak po jakimś czasie ubraliśmy się i wyszliśmy z hotelu. Poszliśmy do restauracji na ślimaki i foie gras. Patrzyłam w jego ciepłe oczy naprzeciwko, mówiłam tylko jak ta chwila mnie cieszy. Czułam, że to się kończy i próbowałam czerpać jeszcze więcej radości z tego, co się działo. Do teraz jak o tym myślę, łzy napływają mi do oczu.

Jego biały sweter kontrastował z opaloną karnacją. Splatał dłonie opierając ręce na łokciach, a na jego nadgarstku błyszczał srebrny zegarek. Wydawał się być skromny, dobry, spokojny i strasznie ciepły. Teraz, gdy o tym myślę, chciałabym znowu zobaczyć to, co wtedy, chociaż wiem, że to nie ma sensu.

Następnego dnia, znowu zmęczeni wstaliśmy i to był czas na właściwe pożegnanie. Przytulał mnie, całował i żartował, a ja poprosiłam, by dał mi chwilę, bo poczułam łzy na policzkach. Myślę, że wynikały z tego, że moja bajka dobiegła do końca i że nie spotkam już tego wspaniałego człowieka. I z tego, że bycie tam było spełnieniem marzeń, z których nie zdawałam sobie sprawy. Pewnie w dużej mierze zachłysnęłam się ogromną zmianą, innym klimatem, przygodą, ale też wiem, że gdybym miała tam żyć, moglibyśmy spróbować zbudować coś więcej. Widziałam też, że jest smutny, bije się z myślami, myślę, że nawet bardziej to przeżywał niż ja. Moje łzy wynikały z czystego szczęście, którego od dawien dawna nie byłam w stanie doświadczyć.

Wszystko, co dobre, szybko się kończy, a księżniczki zabierają swoje worki Włóczykija i truchtają dalej w przyszłość pamiętając o tym, co było dobre, ale bez nadziei na kontynuację.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>