Bez tytułu

Miałam odwagę stanąć na nogi, przyznać się do błędów i powoli poradzić sobie z ranami, które sączyły się od lat. Nie przyszło to od razu, nie zniknie natychmiast, ale odkąd dostałam leki, czuję się bardziej sobą. Początkowo mój szczery śmiech wewnątrz mnie dziwił, teraz sobie przypominam, jakie to uczucie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czułam radość.

Są lepsze i gorsze chwile, ale coraz więcej tych lepszych. Wszystko powoli wraca na swoje miejsce, ja potrafię znowu odnajdywać się wśród ludzi, nie myślę o sobie tak źle jak wcześniej.

Związałam się. Z kimś, kto stał przy mnie cały czas z boku i wspierał, a ja go nigdy nie potrafiłam odpowiednio docenić. Zawsze myślałam, że nie nadaje się na mojego partnera, a okazał się osobą, której zawsze szukałam. Cieszę się, że tak wyszło. Uczę się na nowo zaufania i stawiam kroki w kierunku normalnego życia i stabilizacji, która nie jest taka zła, jak mi się zawsze wydawało.

Odwiedziła mnie rodzina niedawno, poznali Go. Wszyscy od razu się polubili, a ja poryczałam się ze wzruszenia, jak pojechali. Nie pamiętam, kiedy byłam tak szczęśliwa. Było tak cudownie normalnie. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się. Czułam się zjednoczona ze wszystkimi i pierwszy raz od niepamiętnego czasu nie czułam się tak samotna i wyizolowana.

Mam nadzieję, że to nie bańka mydlana, która pryśnie jak jakiś czar. Chcę wierzyć w swoje szczęście i je rozwijać. Chcę czuć się kochana, tak jak ostatnimi czasy i kochać.

Bez tytułu

Chyba w końcu mam odwagę, by wylać wszystkie smutki z siebie.

Zaczęłam cierpieć coraz bardziej, zmęczenie psychiczne nie ustawało, aż przeniosło się na zmęczenie fizyczne. Siedziałam w pracy i czułam się coraz cięższa i cięższa… Rzeczy, które robiłam automatycznie zaczęły sprawiać mi trudność. Walka każdego dnia o pobudkę, o to by się ruszyć. Ciągnę tak do teraz.

Poszłam do psychologa, licząc na otwarcie mi umysłu, dodanie nadziei. Nie spodziewałam się wyleczenia. Zostałam skopana. Schematy zachowań są we mnie tak zakorzenione, że nie da raczej rady się ich pozbyć. Zostałam skrzywdzona przez najbliższych, moją rodzinę. Moje zachowania są destrukcyjne, nie mam żadnego poczucia własnej wartości, dodatkowo oscyluję na pograniczu bordera, dążąc do wywołania emocji. Żyję w napięciu, że wszyscy mnie zostawią i sama jestem tego prowodyrem bardzo często. Szukam ulgi w alkoholu, ranach. Unikam na szczęście mężczyzn. Już i tak cierpiałam przez nich za bardzo.

Moje paryskie zauroczenie zachowało się bardzo klasycznie. Nie powinnam była mieć złudzeń.

Mam coraz mniej sił na cokolwiek. Idę niedługo do lekarza. Nie czuję się sobą. Dużo maluję, dużo tworzę. Wymyślam coraz to nowsze rzeczy. Niestety moja kreatywność objawia się też w sposobach szukania śmierci.

Bez tytułu

Minął pierwszy dzień, a ja już masakrycznie tęsknię. Nie rozumiem tego irracjonalnego uczucia. Moje życie opiera się głównie na tęsknocie, tak jakby to był jakiś główny budulec mojego jestestwa. A może chodzi o sam fakt tego, że ktoś mnie opuszcza. Nie czułam rozdzierającego bólu w sercu, gdy mówił, że chce skończyć znajomość. Wiedziałam, że to nastąpi, nie wiedziałam po prostu, że ja mu też będę przysparzać bólu. Mówił wielokrotnie, że nie chodzi o mnie. Jestem ciekawa, jak sobie radzi. Patrzył mi na ręce, gdy kasowałam historię, smsy, kontakty. Błagał o to, wypytywał, czy na pewno to zrobiłam. Sam sprawdził mi telefon parę razy. Jako osoba zdrowa, nie rozumiem tego. Próbuję sobie tłumaczyć, że chciał mieć kontrolę nad tym, że sam się odezwie. Wczoraj w nocy zagryzałam zęby ze złości, że mu powiedziałam „dobrze, jeśli to ma sprawić, że poczujesz się lepiej…”. Nie powinnam była się na to godzić. Mogłam tupnąć nogą i powiedzieć, że wciąż konsekwentnie chcę go wspierać. Może stracił wiarę w to, że jest warto?

Nie wiem, co teraz przeżywa. Wiem, że wciąż mam jego numer, bo nie sprawdził wszystkiego dokładnie. Mam ochotę zadzwonić, ale wolę, by czuł on spokój wewnętrzny i skupił się na naprawianiu swojego umysłu. Szkoda, że nasza „przyjaźń” nie przetrwa. To wspaniały człowiek i trzymam za niego kciuki.

Bez tytułu

Obiecałam nikomu o tym nie mówić, ale jeśli tego z siebie nie wyrzucę, to pogrążę się w totalnym smutku. Kolejna osoba opuściła moje życie, ale było to do przewidzenia. I całkowicie to rozumiem i akceptuję.

Nie wyobrażam sobie, jak on może żyć cały czas w takim irracjonalnym strachu, który kreuje jego umysł. Jak on może tworzyć takie iluzje, które wpływają na całe jego życie i niszczą wszystko po kolei. A myślałam, że to ja mam problemy z własną depresją.

Jesteś twarda jak chleb z Biedronki.

 

Lubiłam te jego porównania, głupie poczucie humoru. Świetnie kamuflował swoje cierpienie, a ja czując się przytłoczona tym, co usłyszałam nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić walk, które on toczy każdego dnia.

Patrzył na mnie długo, nie spuszczając oczu, wiedząc, że widzimy się ostatni raz. Podobno każda relacja międzyludzka go wykańcza. Nie wiem, czy się jeszcze odezwie. Smutno mi, bo od kilku tygodni rozmawialiśmy codziennie. Jednak naprawdę bym chciała, by wydobrzał. Nie rozumiem ogromu jego bólu, czasami miałam ochotę trochę od niego zabrać na siebie.

Mówił mi bardzo dużo miłych rzeczy. Że jestem najmądrzejszą osobą jaką poznał i że ma ogromne szczęście, że mnie poznał. Że obudziłam go i zachęciłam do walki. Że dzięki mnie idzie na leczenie. Nie przywykłam do słuchania takich rzeczy, dlatego spuściłam wzrok, nie wiedziałam co zrobić z rękoma i prosiłam by przestał. Ale mimo wszystko do teraz jest mi bardzo miło, że tak ktokolwiek o mnie pomyślał.

Powiedział, że powinnam być terapeutką, bo po raz któryś mówię to, co jego lekarz. Jakbym go cytowała. Może miał trochę racji, ale z perspektywy tego, jak się czuję po tym spotkaniu – lepiej, bym pogrążyła się w samotności i wewnętrznych przeżyciach, które są dostatecznie trudne. Chyba egoistyczna droga to dla mnie jedyna opcja na przetrwanie.

Bez tytułu

[17.03]

Zastanawia mnie, czy kiedykolwiek przyjdzie dzień, gdy pożegnanie stanie się czystą formalnością, daleką od cierpienia. Logiczny wniosek, koniec znajomości. I zostają tylko miłe wspomnienia.

Mój tatuaż nieustannie ma mi przypominać, że ludzie przychodzą i odchodzą – że nic nie jest stałe, ale trzeba korzystać z momentów, gdy są obok. Nic nie będzie trwało wiecznie.

Gdybym chciała, nie robiłabym sobie kłopotów. Odrobina asertywności, odepchnięcie niektórych z naszego życia. Może trochę będzie mniej kolorowe, ale oszczędzi wielu przykrych chwil.

Mimo to ciągle kogoś przyciągam, ciągle ktoś się pcha. Niektórzy odpadają w przedbiegach, niektórzy nie rozumieją słowa „nie”.

Moje paryskie zauroczenie było tu, w Warszawie. Pojechałam na lotnisko z głową pełną myśli – jak będzie? Tyle czasu razem, dawno z nikim tak nie miałam. Czy będzie niezręcznie? Czy dobrze go zapamiętałam? Minął miesiąc.

Czekając na taksówkę nie mogliśmy się od siebie oderwać, ciągle patrzyliśmy się sobie w oczy. Pogoda tutaj była fatalna. Przez cały jego pobyt. Dużo drzemaliśmy, przytulaliśmy się. Pewnej nocy obudził się z krzykiem, gdy zdrętwiała mu ręka. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek w życiu obudziłam się z takim przerażeniem, które przemieniło się w śmiech, gdy odkryłam komizm sytuacji.

Uwielbiam jego ciepły uśmiech, czarne jak węgle oczy i włosy. Strasznie lubiłam gładzić jego krótki zarost na twarzy. Jego ekspresyjne brwi są tak zabawne, gdy zgina je w łuki, jakby nieustannie się czemuś dziwił. Podobały mi się cienkie oprawki jego okularów na nosie i dołeczki w policzkach, gdy się śmiał.

I  wyjechał. Norma. Nie ma o czym nawet mówić. Nie ma na co czekać. Rozmawiamy dalej, ale do czego to prowadzi?

***

[7.05]

Poznałam go stosunkowo niedawno, spotkaliśmy się dwa razy. Nie romansujemy, myślę, że najbliżej można nas podpiąć pod określenie bratnich dusz. Zdaję sobie sprawę z romantyczności tego wyobrażenia, pewnie życie to później zweryfikuje.

Jest wysokim blondynem i ma bardzo dużo widocznych tatuaży. Pali na potęgę, jeden papieros za drugim. Myślę, że go to w pewien sposób uspokaja. Mówi szybko, dużo żartuje, prawie się nie uśmiecha. Ma zmęczone spojrzenie.

Nasza rozmowa zaczęła się dość nietypowo, od razu rzuciliśmy się na głęboką wodę z tematami. To chyba wyróżnia wyjątkowe znajomości. Rozmawialiśmy szczerze, z pewną dozą nieufności, ale w bardzo rozwijający sposób. Od czasu naszego pierwszego słowa do teraz, rozmawiamy codziennie, potrafimy wisieć godzinami na słuchawce.

Chyba nigdy nie widziałam, żeby ktoś tak cierpiał codziennie. Nie wierzy w swoją siłę, a ja mam jej namacalny dowód w postaci jego walki ze sobą. To przygnębiające, że nieraz ludzi dotyka choroba przysparzająca im tyle cierpienia. Staram się być jego wsparciem, choć niewiele czasem rozumiem.

***

Chyba już mówiłam, robię sobie przerwę od mężczyzn, związków, przygód. Czuję się w środku trochę wypalona i nie bardzo chcę zmieniać stan rzeczy. Rozczarowania ostatnich lat raczej popychają mnie ku świadomej samotności. Myślę, że dobrze mi to zrobi na jakiś czas. Otwieram głowę na inne rzeczy, dużo maluję. Skupiam się bardzo na przeżyciach wewnętrznych – niestety trochę odcinam się od ludzi. Może jestem skazana na życie samotnika.

Próbuję ułożyć sobie moje emocje w odpowiednim porządku i jakoś sobie z nimi poradzić. Wewnątrz czuję ogromne smutki i nierozwiązane problemy. Zastanawiam się poważnie nad terapią. Nie wiem, jak inaczej mogę sobie pomóc.

***

Poszliśmy wczoraj nad rzekę. Dzień był bardzo burzowy, niebo co chwilę dzieliło się od błyskawicy. Bardzo mi się to podobało, ulewa, opustoszałe miasto i ciepły dzień.

Siedzieliśmy pod mostem, trochę rozmawialiśmy. Pierwszy raz spotkaliśmy się sam na sam, wcześniej zawsze ktoś z nami był. Chyba bardziej go lubię, gdy nie próbuje nikomu zaimponować w towarzystwie. Czasami się zacinałam, nie wiedziałam co powiedzieć – nie wiedziałam też, czy jest sens coś mówić. Czasami chciałam coś dodać, ale on chyba czuł jakąś ekscytację z powodu tematu, bo mnie nie słuchał, często przerywał, albo nie kończył swojej wypowiedzi. Jednak to były drobiazgi, bo wieczór był naprawdę cudowny.

Patrzyłam na szybki nurt zielonej rzeki, na blask odbitych świateł na jej powierzchni. Niebo miało kolor zimnego granatu poprzetykanego jaśniejszymi niebieskimi chmurami. Gdy ulewa przeszła, postanowiliśmy zmienić miejsce. Zrobiliśmy sobie długi spacer w deszczu do parku. Mijaliśmy stare uliczki, podświetlane fontanny, przypadkiem nawet zabłądziliśmy. Po drodze zjedliśmy hot dogi, aż dotarliśmy do wspaniałej budowli na kształt rzymskiej świątyni. Osadzona na wzgórzu pięknego parku, który był prawie wyludniony, aż zachęcała, by się do niej wspiąć. Usiedliśmy na kamieniu, z kapturami na głowach, a deszcz coraz bardziej nas przesiąkał. Czułam, jak włosy mi się skręcają i puszą i jak wilgoć przylega do skóry. Nie przeszkadzało mi to w ogóle.

Długo jeszcze rozmawialiśmy. Lubię takie chwile.

Bez tytułu

Poszliśmy w mały zakątek parku z fontanną, gdzie mało kto mógł nam przeszkodzić. Usiedliśmy na ławeczce przytuleni, patrzyliśmy sobie w oczy i zachowywaliśmy się jak para zakochanych gówniarzy. Te motylki to chyba świetnie ujęta metafora hormonów, ciężko oplatających całą atmosferę swoimi biologicznymi sztywnymi palcami. Nie umiem tego lepiej wytłumaczyć, ale fakt nie istnienia motylków i romantycznej miłości jest dość rozczarowujący. Niemniej nie mogłam przestać upajać się tą fantastyczną scenerią i towarzystwem, byłam w siódmym niebie. Niestety byłoby piękniej, gdybym potrafiła odciąć moją tarczę obronną, która doszukiwała się ukrytych niecnych motywów w tym spokojnym i dobrym mężczyźnie obok. Znam też takich jak on i wiem, że nie warto wierzyć nikomu, bo może to być tylko fantastyczna otoczka, którą wokół siebie kreuje. Jednak postanowiłam nie ulegać zbyt pochopnym osądom, instynktowi samoobronnemu ani wszelkim logicznym rzeczom, które przychodziły mi do głowy, np. „uciekaj do hostelu”.

I wtedy, kiedy się najbardziej tego bałam, zaproponował, byśmy spędzili noc razem. Powiedział, że wynajmie pokój w hotelu. Że nie ma nic złego na myśli, chce po prostu spędzić ze mną więcej czasu. Po dłuższym wahaniu zdecydowałam się mu zaufać. Mieliśmy się spotkać za dwie godziny w określonym miejscu. Biłam się z myślami. Nie było to czymś, czego chciałam, po moich ostatnich doświadczeniach z ludźmi, ale jego sarnie oczy i cichy głos sprawiły, że odrzuciłam konwenanse i strach, postawiłam wszystko na jedną kartę.

Spotkaliśmy się i poszliśmy do pokoju. W moim Włóczykijowym worku miałam butelkę wina. Nalał nam po kieliszku. Było już dość późno, ale było fantastycznie. Dotrzymał słowa, był gentlemanem. Rozmawialiśmy do rana. Trzęsę się na to wspomnienie, jak cudownie było trafić na kogoś tak wspaniałego. Obudziliśmy się niewyspani, pomyślałam „a więc to już koniec”. On ubierał się do pracy, zmęczony, bez śniadania, a ja miałam w planach zwiedzić Luwr. Powiedział wtedy coś, co mnie mocno zaskoczyło: chce wynająć pokój na jeszcze jedną noc.

Luwr był niebotycznie męczący i choć był kiedyś moim marzeniem, znowu nie poczułam się bliżej sztuki, niż myślałam. Zrobiłam za to milion kilometrów biegając w kółko i szukając konkretnych rzeczy. Sam spacer do Luwru był przyjemniejszy.

Po muzeum pobiegłam do hostelu, spakować się i oznajmić, że nie wracam. To było dość zabawne, praktycznie w ogóle tam nie bywałam. Ciągle w ruchu, noce poza domem, albo powroty bardzo późno. Raz skorzystałam z oferty śniadaniowej.

W hostelu padłam na chwilę na łóżko, myślałam, że nie wytrzymam do wieczora. Noc z nim dała mi się we znaki. Spakowałam jednak rzeczy w walizeczkę i pognałam do niego, mówił, że zmierza do naszego pokoju.

Byłabym o wiele wcześniej, ale zgubiłam drogę. Błąkałam się ciemnymi uliczkami przez jakiś czas, w końcu zdecydowałam się zapytać przechodzącego chłopaka, czy mówi po angielsku. Błysnęły mu oczy, gdy go zagadałam, to nie była iluzja. Jakaś ciekawość? Powiedział, że możemy razem podjechać metrem, bo jestem dość daleko od celu. Wydawał się sympatyczny, częstowałam go słodyczami za pomoc, nawet niósł mi walizkę, ale było dość niezręcznie, gdyż czułam, że trochę mu się narzucam.

Dotarłam, mocno spóźniona, mój towarzysz był już odprężony, polewał nam resztki wina, które zostały i miał ochotę iść spać. Przytuliłam się i sama miałam na to ochotę, jednak po jakimś czasie ubraliśmy się i wyszliśmy z hotelu. Poszliśmy do restauracji na ślimaki i foie gras. Patrzyłam w jego ciepłe oczy naprzeciwko, mówiłam tylko jak ta chwila mnie cieszy. Czułam, że to się kończy i próbowałam czerpać jeszcze więcej radości z tego, co się działo. Do teraz jak o tym myślę, łzy napływają mi do oczu.

Jego biały sweter kontrastował z opaloną karnacją. Splatał dłonie opierając ręce na łokciach, a na jego nadgarstku błyszczał srebrny zegarek. Wydawał się być skromny, dobry, spokojny i strasznie ciepły. Teraz, gdy o tym myślę, chciałabym znowu zobaczyć to, co wtedy, chociaż wiem, że to nie ma sensu.

Następnego dnia, znowu zmęczeni wstaliśmy i to był czas na właściwe pożegnanie. Przytulał mnie, całował i żartował, a ja poprosiłam, by dał mi chwilę, bo poczułam łzy na policzkach. Myślę, że wynikały z tego, że moja bajka dobiegła do końca i że nie spotkam już tego wspaniałego człowieka. I z tego, że bycie tam było spełnieniem marzeń, z których nie zdawałam sobie sprawy. Pewnie w dużej mierze zachłysnęłam się ogromną zmianą, innym klimatem, przygodą, ale też wiem, że gdybym miała tam żyć, moglibyśmy spróbować zbudować coś więcej. Widziałam też, że jest smutny, bije się z myślami, myślę, że nawet bardziej to przeżywał niż ja. Moje łzy wynikały z czystego szczęście, którego od dawien dawna nie byłam w stanie doświadczyć.

Wszystko, co dobre, szybko się kończy, a księżniczki zabierają swoje worki Włóczykija i truchtają dalej w przyszłość pamiętając o tym, co było dobre, ale bez nadziei na kontynuację.

podróż, cz.2

Kolejny dzień zaczął się lekkim kacem, który potęgowało niewyspanie. Zwlokłam się z łóżka, pod prysznic i zeszłam na dół na śniadanie. Cała stołówka była pełna ludzi, trochę kiepsko ogarniałam i wszyscy to widzieli i się śmiali pod nosami. Zastanawiałam się, jak przeżyję ten dzień. Miałam w planach muzeum a wieczorem spotkanie z Francuzem, którego poznałam w necie.

Spacer do muzeum paryskimi ulicami był wspaniały, często się zatrzymywałam porobić zdjęcia. Nie przejmowałam się gorszą pogodą, która zapowiadała się chłodno i deszczowo. Czułam się jedynie zmęczona, ale dzielnie dreptałam do celu.

Muzeum było ogromne, dlatego postanowiłam, że postaram się je szybko przebiec z litrową butelką wody w kieszeni, która ratowała mi życie. Nie potrafiłam czuć ekscytacji, która często mi towarzyszy w obcowaniu ze sztuką, ani natchnienia, które sprawia, że sama mam ochotę malować. Było to rozczarowujące, ale wydaje mi się, że po prostu tłumy ludzi były przytłaczające i nie pozwalały należycie rozkoszować się obrazami. Gwar i przepychanie sprawiało, że nie byłam w stanie się dać „wciągnąć”, jak to mam w zwyczaju. Trochę mnie to przygnębiło, bo muzeum posiadało obrazy, o których oglądaniu na żywo mogłam dotychczas pomarzyć.

Wróciłam do hostelu, położyłam się w ciepłym łóżku, gdyż czułam, że nie dożyję wieczoru. Było mi strasznie ciężko wstać, miałam ochotę odwołać spotkanie, jednak ubrałam się ciepło, poprawiłam makijaż i wyszłam.

Czekałam na niego na stacji metra Ledru Rollin, ciekawa jak wygląda w rzeczywistości. Zdawałam sobie sprawę, że ja nie prezentuję się najlepiej, brudne buty, worek Włóczykija na ramieniu, nie pasujący szal do czapki, wszystko na mnie wyglądało licho. Jednak w ogóle się tym nie przejmowałam, doszłam do wniosku, że spotkamy się raz w życiu, a poza tym lubię testować ludzi pod kątem tego, jak na mnie spojrzą, jeśli będę dziwnie ubrana. Czy dostrzegą to, kim jestem? Czy wygląd ma takie znaczenie? Ja mam dość prób zaimponowania mężczyznom obcisłymi sukienkami i butami na obcasach. To niczego nie zmienia.

Zaskoczył mnie widok niskiego przystojnego mężczyzny, który wyglądał jak model. Ubrany był bardzo stylowo, więc przez chwilę poczułam się głupio. Wydawał się być trochę nieśmiały, co było dość zaskakujące przez wzgląd na jego prezencję. Piękni ludzie często są najbardziej zakompleksieni i zahukani. I nie od dziś wiadomo, że ładne ubrania mają im pomóc czuć się ze sobą lepiej.

Wsiedliśmy do metra, postanowiliśmy jechać pod wieżę Eiffela. Zrobiliśmy sobie spacer i dużo rozmawialiśmy, przyglądałam się głównie jego profilowi w metrze. Mówił cicho, ale rzeczowo. Uśmiechał się pod nosem, nie było trudno go rozbawić, ale nie ciągnął moich dowcipów. To był ładny wieczór, choć deszczowy. Sekwana, światła miasta, wieża w tle…

Potem pojechaliśmy na Montmartre, wspinaliśmy się po schodach dość długo. Stanęliśmy przy barierce z widokiem na Paryż, który niestety tonął we mgle, lub smogu. Spojrzałam na niego, on też zerknął mi w oczy i poczułam, że to okazja, by mnie pocałował. Nie zrobił tego.

Weszliśmy do Sacre Coeur, a następnie poszliśmy zobaczyć Moulin Rouge. Cały czas rozmawialiśmy, poznawaliśmy się, nie było momentów niezręcznej ciszy. Było jednak wilgotno, cały czas przyklejała się do nas nieprzyjemna mżawka, dlatego zaproponowałam, byśmy poszli do knajpki. Zamówiliśmy po kieliszku wina i kontynuowaliśmy nasze rozmowy o wszystkim. Byłam zachwycona, siedząc obok przystojnego i ciekawego mężczyzny, popijając kieliszek czerwonego wina po takim wieczorze, z widokiem na deszczową i klimatyczną ulicę i spieszących się ludzi. Niestety zmęczenie dało o sobie znać i powiedziałam, że czas wracać. Postanowił, że mnie odprowadzi, był bardzo szarmancki. Zastanawiało mnie jego podejście do mnie, stwierdziłam, że nie spodobałam mu się za bardzo, ale nie miałam z tym problemu. Spędziliśmy miły wieczór, a ja miałam ograniczony czas, nie potrzebowałam nic więcej. Dlatego zaskoczyło mnie, kiedy pod drzwiami hostelu zapytał, czy może mnie pocałować. Byłam w szoku, jednak przysunęłam się do niego i sama to zrobiłam, zamiast odpowiedzieć. Miałam wrażenie, że chce iść ze mną na górę, włączył mi się dzwonek ostrzegawczy w głowie. Powiedziałam, że nie może tak być i go pożegnałam z myślą, że i tak się już nie zobaczymy. Wówczas on zaskoczył mnie drugi raz, proponując, byśmy spędzili całą niedzielę razem. Po raz kolejny mylnie odczytałam męskie zachowanie. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć, bałam się, że kolejny dzień sprawi, że nawiążemy głębszą więź, która nie miała sensu, jednak poczułam, że miło byłoby mieć towarzystwo, dlatego się zgodziłam.

Spotkaliśmy się przy katakumbach i staliśmy 2h w kolejce. Lubiłam na niego patrzeć, jego duże ciemne oczy wyglądały ciekawie za szkłami okrągłych okularów. Podobała mi się jego szczęka i zarost, a także uśmiech, który sprawiał, że zaczynałam myśleć o nim cieplej. Czas upłynął zadziwiająco szybko, weszliśmy do podziemi. To była dość nietypowa randka, kiedy byliśmy otoczeni ludzkimi szczątkami, ale oboje mamy podobne zainteresowania. Dzieliłam się z nim wiedzą, którą miałam, on tłumaczył inskrypcje na murach.

Następnie pojechaliśmy pod Notre Dame, gdyż chciałam zobaczyć wnętrze katedry. Imponowało mu, gdy opowiadałam o symbolice gotyku, podobało mi się to. Zrobiliśmy sobie spacer i poszliśmy na tarte tatin, gdyż okazało się, że nawet gust w deserach mamy podobny ;)

Następnie spacer pod Panteon, który przytłaczał wielkością. Zaczynało powoli zmierzchać i robiło się jeszcze romantyczniej. Pod Panteonem znowu spojrzał mi w oczy i pocałował. Powiedziałam, że dzięki niemu te dni są niezapomniane, on powtarzał jak się cieszy, że mnie poznał.

podróż, cz.1

Dużo rzeczy się zdarzyło na zakończenie tamtego roku. Mój trip, próba wplątania mnie w trójkąt przez znajomego, fantastyczny sylwester. Dostałam podwyżkę w pracy, zaczęłam wartościować lepiej znajomości. Jednak dalej jestem zagubiona.

Kilka dni temu wróciłam do domu po mojej pierwszej podróży zagranicę w pojedynkę. Była to dla mnie próba, sprawdzająca, czy dam sobie radę. Nie byłam w stanie spać w nocy już na tydzień przed wyjazdem, stresowałam się wszystkim, dodatkowo nakręcana przez otoczenie negatywnymi obrazami, które malowali w mojej głowie. Wiedziałam, że się nie poddam, muszę to zrobić. Czułam także ekscytację, na czekającą mnie przygodę. Coś w kościach mówiło mi, że będzie niesamowicie.

Pierwszy dzień, pierwsze wrażenia – ciepło, przyjemnie. W Polsce mrozy, -15 stopni, a tu czuć wiosnę. Miasto ukazało się przed moimi oczami kipiące elegancją i bogactwem. Różnica między tym, co znałam, a tym, co widziałam była ogromna.

Metro, tupot setek nóg, jednak trafiłam bez problemu. W metrze siedziałam jak na szpilkach, nasłuchiwałam lektora, oznajmiającego moją stację. Przyglądałam się ludziom, zastanawiałam się, czy czują, że jestem nowa, że nie jestem stąd. Pewnie się nad tym nie zastanawiali, bo zróżnicowanie kulturowe w tym jednym wagonie było ogromne.

Trochę się zgubiłam w drodze do hostelu, ale dzięki gpsowi dałam radę tam trafić. Czytałam o nim okropne opinie, dzięki którym bardzo przyjemnie się zaskoczyłam wyglądem mojego pokoju. Było skromnie, ale czysto i przytulnie, ciepło. Miałam widok na paryskie dachy.

Nawet nie spoczęłam, od razu pobiegłam do sklepu po jedzenie na szybko i butelkę pierwszego prawdziwego francuskiego wina. Wzięłam jedyne na zakrętkę, gdyż na lotnisku wywalili mój korkociąg.

Zapakowałam wino do mojego worka na plecy, w którym wyglądałam jak Włóczykij i pobiegłam na miasto. Był piątek. Gwar ludzi dookoła był bardzo przyjemny dla moich oczu i uszu. Minęłam Bastylię, operę, ogromne wesołe miasteczko w centrum miasta. Szłam przed siebie uśmiechnięta, szczęśliwa, podekscytowana. Było niesamowicie.

Przechodząc przez most moim oczom ukazała się elewacja Notre Dame, widoczna już z daleka, pięknie podświetlona. Zupełnie nie spodziewałam się jej w tamtym miejscu, temu przystanęłam zaczarowana i poczułam, jak do oczu napływają mi łzy. To było jak spełnienie marzeń.

Idąc wzdłuż rzeki co chwilę przystawałam, obserwując bacznie detale i nie mogąc się doczekać, aż zobaczę całość z bliska. Spodziewałam się tłumu turystów, ale plac przed katedrą był względnie pusty. Większość ludzi stanowiły zakochane pary. Przycupnęłam na bloku kamienia i pociągałam łyczki wina myśląc, że jestem w niebie. Po jakimś czasie zmieniłam miejsce, wybrałam bardziej oddalone, by ogarnąć całą fasadę wzrokiem i policzyć rzeźby króli. Szukałam w głowie wszystkich informacji o tej budowli, próbując przenieść je na rzeczywistość.

W pewnym momencie mój nastrój się zmienił. Pomyślałam, jaka jestem szczęśliwa i zrobiło mi się smutno, że nie mam nikogo obok, żeby się tym podzielić. Wspomniałam mojego byłego chłopaka, zastanawiając się, co by poczuł, gdyby był tu teraz ze mną i do oczu po raz kolejny napłynęły mi łzy. Przechodzący obok mężczyzna w tym samym momencie wyczuł chyba moją chwilę słabości, bo spojrzał na mnie i powiedział:

-Bonsoir madame!

Spytałam, czy mówi po angielsku. Przysiadł się, poczęstowałam go winem z mojego worka. To było takie dziwne, jak gdyby Katedra wysłuchała mojego smutku i zesłała go w tym samym momencie. Dyskutowaliśmy o jej uroku, potem tematy zeszły na nas samych. Przyglądałam mu się wesoło, miał włosy całkiem siwe, jednak był przystojnym i o dziwo młodym mężczyzną. Poszliśmy do sklepu po kolejne wino i ser, on zapłacił. Ekspedient poradził sobie z korkiem i dorzucił nam kubeczki. Wróciliśmy w to samo miejsce. Było dość zimno, oboje się trzęśliśmy.

Pocałował mnie i powiedziałam, że pora do hostelu wracać. Odprowadził mnie pieszo, pokazując urok paryskich uliczek nocą. Zachowywaliśmy się radośnie, jak para pijanych, zauroczonych gówniarzy, robiliśmy zdjęcia, szliśmy pod ramię i mówiliśmy, jak fajnie, że na siebie wpadliśmy. On nieśmiało snuł plany o przyszłości, zaproponował, bym wzięła rzeczy z hostelu i przeniosła się do niego, to poczuję się jak w domu. Wyśmiałam tę spontaniczną ofertę i pożegnałam się z nim dziękując za czas spędzony razem. Czułam, że już się nie spotkamy więcej.

Następnego dnia obudziłam się o piątej nad ranem i w głowie miałam mętlik. Alkohol sprawia, że źle mi się śpi, ale dodatkowo doszła do tego ekscytacja i wrażenia, po pierwszej nocy w Paryżu. Myśli galopowały, czułam, że coś się zmienia. W środku mnie samej, czułam, że jestem gotowa porzucić moje dotychczasowe życie i spróbować czegoś innego. W obcym kraju, całkiem sama, czułam, że jestem wolniejsza niż kiedykolwiek. Szczęście wypływało z tego, co miało nadejść, nie bałam się.

Bez tytułu

Wróciłam do domu po pracy i dotarła do mnie pustka i maleńkość mojego mieszkania. Było jeszcze względnie wcześnie, bo zmyłam się wcześniej pod pretekstem świąt, ale odkąd przekroczyłam próg tylko tego pożałowałam. Co teraz robić? Moja kondycja psychiczna była bardzo zła, zastanawiałam się, czy nie iść po wino, czy też położyć się i próbować pospać. Wybrałam drugą opcję, ale gdy leżałam skołowana, stwierdziłam, że to dobry moment, żeby spróbować w końcu swojego własnego tripa.

 

Bałam się, sama, nastraszona złymi opowieściami o bad tripach, zwłaszcza, gdy stan wyjściowy jest tak zły, jak mój. Wzięłam połowę, zadzwonił kolega. Mówił do mnie pijany pół godziny, jednym uchem go słuchałam, moje myśli błądziły daleko i nagle zobaczyłam jak ściana delikatnie faluje i mieni się kolorami. Zamrugałam parę razy, zaczęłam rysować.

 

Czułam już stan, ale to nie było jeszcze „to”. Nie przestawałam rysować. Humor znacznie mi się poprawił, puściłam muzykę i dołożyłam resztę dawki. Próbowałam rysować, słuchać muzyki, ale w moim mieszkaniu było za mało bodźców. Krawędzie zaczęły błyszczeć, czułam jak mi gorąco i postanowiłam, że pójdę do kumpla. Już mocno mnie wzięło.

 

Nie wiedziałam, że noc ma tyle kolorów, te chodniki zalane światłem neonów, mieniące się w oddali sygnalizatory, cudownie błyszczące maski aut. Wszystko było tak piękne, że poczułam taką jedność z tym światem, trochę egoistycznie chciałam go dla siebie, bo przeszkadzali mi ludzie dookoła, którzy za głośno tupali i nie pozwalali cieszyć mi się spokojem, albo darli mordy. Szłam i śmiałam się z nich, śmiałam się do nich, starałam się nie patrzeć na ich twarze, bo bałam się wkręcania, co oni mogą sobie o mnie pomyśleć. Moje nogi były jak z waty, albo ciężkie, na zmianę, właściwie same mnie niosły. Przejście przez park było wyzwaniem, odkryłam, że boję się bezlistnych gałęzi, które wyciągały po mnie swoje szpony.

 

U kumpla przez kilka godzin patrzyłam na obraz, którego wcześniej nie znosiłam. Wczoraj wydał mi się przepiękny, drzewa zaczęły tańczyć, ich gałęzie rozchodziły się we wszystkie strony, mieniły się, widziałam jak faktura farby żywo się zmienia i miesza, to było coś niesamowitego. Zauważyłam, jaki wpływ ma muzyka na te wizje, zależnie od niej pojawiały się różne barwy, a drzewka kołysały się w różne strony. Jedno drzewko tańczyło mi hula. Potem weszły disco światełka.

 

Rysowałam bardzo dużo, to było równie ciekawe. Gdy przyglądałam się z bliska moim rysunkom, kreski zaczynały biegać, tworzyć swoją barwną, lecz inną opowieść. Widziałam naraz wiele scenariuszy, które się rozgrywały przede mną. Gdy rysuję normalnie, staram się przewidzieć jakiś efekt, a wtedy… Musiałam wybrać tylko drogę. Na dodatek faktura kartki była niesamowita, zaczynała narastać azteckimi złotymi wzorami, jak w kalejdoskopie.

 

Gdy kolega gadał, pytałam drzewka, co o tym myślą. Nie mogłam zdjąć tej nakładki, zapomniałam już jak wygląda obraz bez tych wizji. Było to emocjonalne odzwierciedlenie tego, co we mnie.

 

Najciekawsze, że nie jestem chyba podatna na bad tripy. Mój umysł tworzył tak piękne rzeczy, że nie potrafiłam sobie wkręcić nic złego. Płakałam tylko przy jednej piosence, którą sama puściłam. Nie mam pojęcia dlaczego, bo lubiłam ją wcześniej.

Wyszliśmy z kolegą po piwo.

 

Szliśmy i cieszyłam się światełkami, było cudownie, ale najbardziej tego wieczoru się wystraszyłam widząc starą dłoń kobiecą, która wychylała się zza jakiejś zasłony. Była to bezdomna, która zbudowała sobie prowizoryczną klitkę, ale nie byłam pewna, czy to prawda, czy nie. Kumpel mnie bardzo źle wtedy wkręcił. Mówił, że ona tam mieszka, że ma problemy, jej dłoń podpowiedziała mi kolejne złe obrazy i przestałam widzieć wesołe miasto, zaczęłam dostrzegać jakieś nietoperze, dziwne twarze, odbicia.

 

Wróciliśmy, stworzyłam jeszcze masę rysunków i wróciłam grzecznie do domu przystając parę razy przyglądając się światełkom policji na chodniku, które fascynowały mnie zmieniającymi się szybko kolorami niebieski-żółty.

 

To mnie bardzo zmieniło, czuję się pojednana ze światem, wybaczyłam większość rzeczy sobie i innym, zdaję sobie sprawę z moich lęków, których nie byłam świadoma, wiem, że mogę mieć lekką schizofrenię paranoidalną, ale skoro mój umysł tworzy tak dobre rzeczy, to chyba życie nie może być takie złe?

Nie mam ochoty na alkohol, czuję, że nie będę się już szybko „znieczulać” niczym już. Zaspokoiłam swoją ciekawość i prędko do tego nie wrócę, ale nie wykluczam. To, jakie rzeczy narysowałam, to coś niezwykłego. Mówi mi wiele o mojej kondycji emocjonalnej. Postaram się już być normalniejsza i żyć w zgodzie ze sobą, a nie spędzać czas na walce z tym, co jest we mnie.

Bez tytułu

Spędziłam kolejną noc z nim. Po imprezie poszliśmy do jego domu i rozmawialiśmy do rana. Sposób, w jaki na mnie patrzył i bliskość, którą budowaliśmy, poruszyły jakieś struny wewnątrz mnie. Poszliśmy spać, kolejna noc bez seksu, tylko w objęciach. To było wspaniale, czuć i myśleć, że ktoś daje ci taką iluzję zjednoczenia, czułości, że to będzie trwało zawsze.

Tej nocy nie chrapał, ja natomiast chłonęłam zapach jego skóry. Przebudzaliśmy się parę razy. Nie potrafiliśmy się od siebie oderwać, a mimo to byliśmy po rozczarowującej dla mnie rozmowie. On też nie chce nic więcej. Jest zagubiony, nie chce mącić mi w głowie. To skąd ta bliskość?

Powiedziałam, że to szanuję i że zależy mi na nim. Że w takim razie nie będzie między nami seksu, ale dzięki tej szczerości zdobędzie coś cenniejszego, moją przyjaźń. Zgodził się z tym. I chwilę później zasnął wdychając zapach z moich włosów.

Po raz kolejny te same mylne sygnały. Zmienił się chyba język w naszych czasach. Nie potrafię rozszyfrować dlaczego mężczyzna woli być moim przyjacielem, mimo, że go pociągam fizycznie i psychicznie.